A kiedy przyjdą zburzyć Twój dom...

Szaleństwo dopada niespodziewanie. Wypełza z ciemnych zakamarków myśli, z podświadomości. Pewnego dnia puszczają hamulce trzymające rzeczywistość w ryzach. Myślałeś, że nad tym panujesz, że jesteś w stanie znieść wszystko? Myliłeś się.

Recenzja: Ostatni bastion Barta Dawesa, Richard Bachman (S. King)

Grafika na podstawie okładki wydania z 2018r., wyd. Albatros, Kolekcja Mistrza Grozy

Jeden gość, Piazzi, miał czarną kundlicę imieniem Andrea, ale wszyscy nazywali ją suką pana Piazzi. Przez cały czas trzymał ją na łańcuchu, ale suka nie stała się od tego zła… aż do pewnego dnia w sierpniu, kiedy zrobiło się bardzo gorąco. Suka była na słońcu przez cały dzień, codziennie, przez całe lato. W połowie czerwca przestała machać ogonem na widok dzieci, które ją głaskały. Potem zaczęła przewracać oczami. Pod koniec lipca zaczęła cicho warczeć, kiedy głaskało ją jakieś dziecko.

Kto może określić, gdzie leży granica pomiędzy normalnością i szaleństwem? Kto ma do tego prawo? Rezygnacja, załamanie, stres, depresja – czy to już szaleństwo? Przecież mózg nie działa już wtedy normalnie ani dobrze. Pojawiają się te natrętne obrazy. Skończę z tym wreszcie! Mam tego dość! Powiem szefowi, co o nim myślę! A, powyrzynam ich wszystkich! Na razie jednak panujesz nad rzeczywistością i skutecznie tłumisz emocje, które kumulują się w głowie. Maska na twarzy sprawuje się należycie. Oszukujesz się, że jest dobrze i że jesteś szczęśliwy. Aż do dnia, kiedy pojawia się impuls. Impuls, który wywraca całe dotychczasowe życie do góry nogami.

Pewnego sierpniowego dnia, kiedy zrobiło się tak gorąco, że można by usmażyć jajko na chodniku, Luigi Bronticelli poszedł pogłaskać sukę pana Piazzi i od tej pory mógł mówić tylko szeptem. Pies skoczył na dziecko i tak je załatwił, że przez miesiąc smarkacz leżał w szpitalu.
Przypominasz mi sukę pana Piazzi. Jeszcze nie warczysz, ale kiedy ktoś chce cię pogłaskać, przewracasz oczami. A ogonem przestałeś machać już bardzo dawno temu.

Ostatni bastion Barta Dawesa

Bohater powieści Stephena Kinga (piszącego tym razem pod pseudonimem Richard Bachman) otrzymuje pierwszy cios, kiedy na raka mózgu umiera jego jedyny syn. Nad taką tragedią po prostu nie da się szybko i bezboleśnie przejść do porządku dziennego. Z czasem wszystko wraca do normy. Pozornie. Kielich jest prawie pełen - czeka na przysłowiową kroplę, która przeleje zawartość, ukazując prawdziwy obraz rzeczywistości.

Lata siedemdziesiąte ubiegłego wieku, Stany Zjednoczone, miasteczko, jakich wiele. Bart Dawes wiedzie spokojne, poukładane życie, próbując pogodzić się z wyrokami niesprawiedliwego losu. Domek z ogródkiem na przytulnym osiedlu, garaż, samochód, żona. Praca na kierowniczym stanowisku w największej pralni w okolicy. Pozorny spokój, nad którym Bart pracował od chwili śmierci syna, zostaje zachwiany w dniu, w którym Dawes dowiaduje się, że w mieście zostanie wybudowana autostrada.

Niby nic szczególnego. Autostrady buduje się przecież tu i tam od czasu do czasu. Tak się jednak nieszczęśliwie składa, że pasy ruchu zostają wytyczone w miejscu, w którym znajduje się ukochana pralnia Dawesa. Pralnia, w której pracował przez całe życie. I może nawet Bart poradziłby sobie z tym problemem, być może udałoby mu się z tym pogodzić, może nawet znalazłby inną, lepszą pracę – kto wie? Dzieje się jednak inaczej, bo to nie jest ostatnia zła informacja – wszak nieszczęścia chodzą parami. Gwoździem do trumny jest druga wiadomość: asfalt pojawi się również tam, gdzie obecnie znajduje się jego dom. I domy jego wszystkich przyjaciół i sąsiadów. Tego jest już za wiele – los po prostu nie ma prawa być tak okrutny!

Autostrada to ta przysłowiowa kropla, która przelewa czarę goryczy. Najpierw potężne uderzenie w postaci śmierci ukochanego syna, teraz w perspektywie strata pralni i domu. Oba ukochane budynki, do których Dawes przywiązał się, z którymi wiążą się jego najlepsze wspomnienia, w których przeżył większość swojego życia, muszą zostać zrównane z powierzchnią ziemi. Mieszkańców czeka obowiązkowe przesiedlenie.

Bohater Kinga, jako się rzekło, jest kierownikiem pralni. Jego zadaniem jest odszukanie nowego lokum na siedzibę zakładu. Nie jest w stanie tego zrobić. Nie ma mowy, żeby to zrobił! Dawes nie umie wyobrazić sobie pracy w innym budynku. W efekcie okłamuje kierownictwo (że niby znalazł lokal i już-już ma podpisać papiery) i w dniu, w którym mistyfikacja się wydaje, składa rezygnację. Dla pralni jest już jednak za późno. Kłamstwa sięgają dalej. Żonie wmawia, że szuka nowego domu. Kiedy Mary dowiaduje się, że to stek bzdur, odchodzi krzycząc, że zrujnował jej życie.

Bart przestaje panować nad rozpaczą, która dosięga go lepkimi mackami. Dopada go absolutnie i krańcowe zniechęcenie. Całymi dniami siedzi przed telewizorem, upija się do nieprzytomności, rozpamiętuje minione czasy... i snuje plany powstrzymania budowniczych. Tymczasem nieubłaganie zbliża się termin opuszczenia domu. Bart nie zamierza go jednak opuścić...

King opowiada przejmującą historię szaleństwa i rozpaczy. Dawes budzi się co rano z przeogromnym kacem i zaczyna kolejny dzień niebezpiecznego balansowania na krawędzi. Jego życie utraciło sens. Te dwa budynki nabierają cech symboli - to prawdziwe pomniki jego życia. Ich utrata... nie, to nie wchodzi w rachubę! Samobójstwo wydaje się jedynym logicznym rozwiązaniem. Codziennie wóda, samotność, brak zrozumienia ze strony ludzi, codziennie jazda samochodem przed siebie, długie rozmyślania, zimna logika. I sen, który miast ukojenia przynosi kolejne wspomnienia i koszmary.

To jednak nie wszystko, co ma do zaoferowania autor. Niejako przy okazji otrzymujemy obraz amerykańskiego społeczeństwa lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Można powiedzieć, że to standard u Kinga. Miasteczko po prostu żyje na kartach powieści. Ludzie są realni, mają swoje problemy, swoje miłości. W Stanach panuje kryzys energetyczny i paliwowy, który odbija się na zachowaniu bohaterów. Zaskakuje celność spostrzeżeń, które – o dziwo – są ponadczasowe i aktualne nie tylko dla Amerykanów.

Etyka Tresowanego Psa, teoria stworzona przez Bartona George Dawesa pod koniec roku 1973, w pełni wyjaśnia tajemnicę kryzysu monetarnego, inflacji, wojny w Wietnamie oraz obecnego kryzysu energetycznego. Posłużmy się tym ostatnim przykładem. Amerykanie są jak tresowane psy – w tym wypadku wytresowano ich tak, żeby kochali zabawki pożerające benzynę. (…) W latach 1973-1980 będziemy tresowani tak, by ich nienawidzić. Amerykanie uwielbiają tresurę. Kiedy się ich tresuje, machają ogonami. (…) Jak Psy Pawłowa. (…) Nas wytresowano, byśmy się ślinili na widok samochodu albo kolorowego telewizora. (…) Nie protestuję przeciwko samej Etyce Tresowanego Psa. Tylko przeciwko temu, że nasi panowie są umysłowymi, moralnymi i duchowymi analfabetami.

Społeczeństwo przeżarte materializmem. W naszym społeczeństwie człowiek, który nie ma na co wydać pieniędzy, nie ma po co żyć. Bezduszne, pozbawione skrupułów. Społeczeństwo, które nad dobro jednostki przekłada zyski i pieniądze. Autostrada nie powstaje dlatego, że jest niezbędna, że ułatwi życie ludziom, że polepszy ruch – nie, nie, nic z tych rzeczy. Ona powstaje, bo miasto musiało zbudować odpowiednią liczbę kilometrów dróg rocznie, w przeciwnym razie straciłoby federalne dotacje na wszystkie autostrady międzystanowe. Dawes nie chce się pogodzić z tym całym zakłamaniem, z wyrzuceniem go z domu, który jest „jego nienaruszalną twierdzą”. I nie pogodzi się... Dom, jego dom, stanie się tytułowym ostatnim bastionem w walce z autostradą. Autostradą, która już dawno zatraciła dla niego swój rzeczywisty wymiar i stała się symbolem zła, które spada na człowieka znienacka.

Ta powieść jest smutna i przejmująca. King usiłuje przekonać czytelnika, że pozornie nielogiczne zachowanie Barta Dawesa jest jak najbardziej normalne i najlepsze z możliwych. Że każdy ma prawo załamać się i podnieść się w taki sposób, jaki mu się podoba. Że warto walczyć i warto się poświęcić dla tego, co się kocha, dla zasad. Nawet, jeśli zostało się na froncie samotnie. Nawet, jeśli to oznacza koniec wszystkiego.

I nawet, jeśli nikt nie będzie o tym pamiętał.

Zdecydowanie polecam - mimo tego, że książka przez wielu czytelników uważana jest za jedną ze słabszych powieści Kinga. Przemawia do mnie zarówno klimat, jaki zaproponował autor, jak i historia. King przyzwyczaił nas do horrorów, grozy, jednak tym razem dostajemy smutną opowieść o nieszczęśliwym człowieku. Być może to właśnie ten czynnik - brak grozy - zaważył na negatywnych opiniach. Ja jednak stanowczo mówię książce TAK. A wy? Przeczytajcie i podzielcie się swoimi opiniami. ■

Poprzednia recenzja„O chłopcu, który miał przygody z byle czego”
Następna recenzja„Baju, baju, baj”
3 komentarze
tahme
Wysłano 22 lutego 2008 o 04:11

Właśnie skończyłem. I jestem zdumiony tymi licznymi negatywnymi opiniami na innych serwisach. Przypuszczam, że wiele z nich bierze się z mylnego założenia, iż za nazwiskiem Kinga winna iść bezwarunkowo powieść grozy.
Co paradoksalne to jest powieść grozy, ale nie w klasycznym tego słowa znaczeniu. Przez całą lekturę prześladuje czytelnika (a właściwie mnie) poczucie zbliżającego się koszmaru; narasta napięcie, a po każdym ukończonym zdaniu spodziewasz się następnego, które przyniesie wybuch. Tymczasem wybuch jest ciagle odwlekany, choć co róż jakbyś słyszal skrzypienie podłogi, albo wydawało ci się, że w szybie mignął cień. To się zbliża. Zbliża się, ale powoli. Datowanie kązdego rozdziału jest jak nieodwołalna podróż w czasie - w jedną stronę.
Myślę, że to kolejna powieść, w której King zmierzył się z tematem szaleństwa. Z kwestią przekraczania granicy między normalnością, a obłędem. Tu ten obłęd jest skanalizowany w kagańcu powieści obyczajowej, czytelnik spodziewający się więc krwi i ostrych scen z pewnością będzie zawiedziony. To nie Lśnienie (wg mnie majsterszczyk), ale też nie byle jaka historia wygrzebana z półki biblioteki.
W zachwyt wprowadzał mnie język opisu, bogaty w metafory i sugestywne przenośnie. Ma się wrażenie, jakby autor zwierzał się nam z własnych lęków. Ta jego doskonałość w oddawaniu koszmaru rozdwojenia, stopniowego zanikania poczucia rzeczywistości, bierze się chyba z własnych doświadczeń pisarza, wieloletniego czynnego alkoholika, któremu mogła się nie powieść walka o odzyskanie kontroli nad życiem. Każda jego książką, gdzie spotykamy sugestywną sylwetkę ludzkiego potwora - ludzkiego, bo nosi wszelkie znamiona człowieczeństwa, mimo zagłębiania się w mroki lepkich pragnień - to jakby flirt z sobą samym, z ujarzmionymi demonami, które tylko śpią, śpią w spokojnym oczekiwaniu na następną dostawę makabry. King zawładnął nimi, jak lubię sobie myśleć, za cenę kreowania zdumiewająco namacalnego świata, gdzie zło może odgrywać pierwsze skrzypce, może być bohaterem (co prawda tragicznym, bo zwykle pokonywanym, ale za to ciągle powracającym).
Książka ma jeszcze jeden wymiar - ponadczasowej alegorii, co już przedmówca nadmienił. Przemyka ukradkiem, albo całkiem otwarcie, temat uwięzienia w świecie ponawianych codziennie czynności, w świecie zdominowanym przez siłę pieniądza i pogoń za materialnym zaspokojeniem. Życie jednostki wydaje się w tym zestawie ustawione na poboczu, przeznaczone do rozbiórki - jak dzielnica jednorodzinnych domków w powieści - na zasadach, które ich właścicielom wcale nie muszą się podobać. Stąd może skazana na porażkę próba walki o zachowanie unikatowości egzystencji, tych najdroższych jego elementów, na które składają się wspomnienia, znajomi ludzie i dawno przeniknięte miejsca.
Powieść mnie uwiodła, zabierając w podróż z odbiciem własnej duszy usadowionym we wstecznym lusterku, tam, dokąd chadzają niespokojne cienie. Tam stoi blada dama o pustych oczodołach, która nie nosi imienia, a tylko zwiewną sukienkę; uwodzicielko szepcze, bym z nią zatańczył...
Pozdrowienia dla staruszka Magliore i jego rozbrajającego poczucia humoru.

bert
Wysłano 01 marca 2008 o 22:37

Odniosę się tylko do jednego zdania Twojego komentarza.

Podobnie jak Ty, byłem mocno zaskoczony - zdarzyło się to zresztą nie pierwszy raz - generalnie negatywnymi opiniami recenzentów i czytelników o tej książce. Jestem skłonny zgodzić się z Tobą: najprawdopodobniej jest to właśnie efekt oczekiwań, związanych ze stereotypem "kingowej" powieści. Nazwisko TEGO KONKRETNEGO autora na okładce automatycznie wrzuca książkę do ściśle określonej szuflady, jednocześnie wyrządzając jej krzywdę. Wygląda więc na to, że King nie bez powodu napisał "Ostatni bastion" pod pseudonimem...

Tylko co z tego, skoro i tak wszyscy wiedzą, kim jest Richard Bachman?

Dodam jeszcze: świetna, klimatyczna recenzja, przeczytałem z prawdziwą przyjemnością.

Pozdrawiam serdecznie

tahme
Wysłano 09 marca 2008 o 15:50

Dzięki :) Przyjemnie słuchać komplementów, heh.
Tak sobie właśnie pomyślałem, że znajdowanie potwierdzenia własnych spostrzeżeń, przypomina bardzo umacnianie fundamentów stawianego na niepewnym gruncie domu. Im jest więcej tych potwierdzeń, tym dom zdaje się mniej chwiać - choć i tak do końca nie wiadomo, czy on stoi na jakimś gruncie, czy tylko w powietrzu - na urojonej ziemi...

Dodaj komentarz

Twój email nie zostanie opublikowany. Pola wymagane zaznaczyłem gwiazdką (*).

Klikając [WYŚLIJ] zgadzasz się na opublikowanie wysłanego komentarza. Komentarze są moderowane. Nie zgadzasz się z tym, co czytasz - ok, ale nie bądź niegrzeczny i nikogo nie obrażaj. Jak to mówił klasyk: chamstwa nie zniese.

Poprzednia recenzja„O chłopcu, który miał przygody z byle czego”
Następna recenzja„Baju, baju, baj”