W kosmosie nikt nie usłyszy Twojego jęku (zawodu)

Pim pam pim pum... Space: the final frontier. These are the voyages of the captain Marlow's starship. Its mission: to boldly go where only one man (and his crew) has gone before!

Najnowszy audiobook (superprodukcja, jak nazywa te słuchowiska wydawca) Audioteki przenosi nas w przyszłość, w XXIII wiek, i zabiera w Kosmos, w podróż na krańce Układu Słonecznego, prosto do Pasa Kuipera. Po drodze, razem z panią kapitan Charlie Marlow, wpadniemy na chwilę na Europę (dziś: skuty lodem księżyc Jowisza; w przyszłości: enklawa bogaczy) i zerkniemy na rozwijające się w Układzie Słonecznym kolonie ludzkie. Wraz z czteroosobową załogą promu kosmicznego odwiedzimy kopalnię surowców. Zahaczymy też o autonomiczne stacje kosmiczne rozsiane w próżni na drodze do celu…

O, właśnie - cel. Otóż kapitan Marlow leci na rubieże pasa Kuipera z tajną supermisją. Jej główne zadanie to odszukanie enigmatycznego Kurtza (w tej roli Andrzej Chyra) - dowódcy najdalej wysuniętej stacji wydobywczej w Kosmosie.

I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie fakt, że to podróż nudna, monotonna i usypiająca.

Poczułem... zupełną obcość. Puste korytarze... pozostałości... cisza... brak.

Zacznijmy od początku. Autorem scenariusza jest Bartosz Szpak, którego kojarzę jeszcze z innym - gwoli ścisłości: równie dziwnym - słuchowiskiem pt. „Kim jest Max Winckler?”. Tym razem Szpak serwuje nam poważną, filozoficzną, deliryczną, a nawet i psychodeliczną jazdę bez trzymanki w efektownej scenografii hard-sci-fi. Krótko mówiąc, wśród kosmicznej pustki padają ważkie pytania o kondycję człowieka, o istotę „bycia”, podlane sosem z wynurzeń o niszczącej wszystko na swojej drodze ekspansji gatunku ludzkiego. Czujecie klimat? Tak, tak - jest poważnie, melancholijnie i nieludzko koSmicznie. Nie mam pojęcia, jak taki scenariusz sprawdziłby się jako tekst pisany, do samodzielnego czytania. Przekonany jestem natomiast, że jako słuchowisko nie sprawdza się praktycznie wcale. Autor nie potrafi opowiadać? Źle rozkłada akcenty? Medium nie to?

Jest tak. Po pierwsze, narrator (w tej roli znany aktor i głos Krzysztof Stelmaszyk) czyta w tak usypiający, wyprany z emocji sposób, że oczy same się kleją. Ten lekko sepleniący głos nuży nawet w scenach akcji, w których dookoła świszczą pociski, dekompresują się i eksplodują te rzeczy, co to zwykle w kosmosie dekompresują się i eksplodują – kriokomory, reaktory, moduły jakoweś... no wiecie, dekoracje. Drugi grzech to obdarzenie Marlow irytującym i zmanierowanym głosem Anny Dereszowskiej. W moim odczuciu ta popularna aktorka zupełnie nie pasuje do postaci pani kapitan. Dalej: bohaterowie. Są nieludzcy, sztuczni, tak napisani i wykreowani, że absolutnie nie interesował mnie ani ich los, ani filozoficzne bajania. W efekcie im bliżej było końca, tym większą miałem nadzieję, że w końcu ktoś/coś ich efektownie zabije. I jeszcze te dziwnie brzmiące, jakoś niepasujące do klimatu, siarczyste przekleństwa i nijakie dialogi! Po czwarte wreszcie: historia. Gdzieś tam niby po coś lecą, nawet mają jakieś przygody, ale ostatecznie to i tak takie nudne, depresyjne i pozbawione emocji snucie się po statku kosmicznym. Wytrwałem do końca, bo sądziłem, że może w końcu coś uzasadni mijające minuty tej ponad czterogodzinnej usypiającej nudy…

Żyjemy ponad stan, z dnia na dzień, nie dbając o los naszych wnuków, cieszymy się, póki wszystkiego starcza, aż jest za późno na ratunek. Wtedy po prostu uciekamy - i znowu to samo. Ludzkość jest jak lawina śnieżna. Nabieramy prędkości i masy, zabieramy za sobą wszystko na naszej drodze, aż w końcu rozbijamy się o przeciwstok.

Ale! Są też plusy. I do tych plusów zdecydowanie zalicza się strona techniczna „Czarnego źródła”, czyli fantastyczne udźwiękowienie plus ciekawa, ambientowa i psychodeliczna „unikalna ścieżka dźwiękowa skomponowana przez autora słuchowiska, zrealizowana przez multiinstrumentalistkę Martę Zalewską. Niestety, ten plus to od razu minus, bo spora ilość muzyki i ciszy w połączeniu z monotonnym głosem narratora i nie potrafiącą zainteresować fabułą to mieszanka wysoko usypiająca, doskonała kołysanka. Tak czy siak, w czasach, w których coraz więcej muzyki w audiobookach pochodzi z publicznych stocków, oryginalne udźwiękownie zawsze zasługuje na uznanie. Nie chciałbym też zamknąć tematu atmosfer dźwiękowych w jednym krótkim swierdzeniu, że są wybitne. Za udźwiękownie odpowiada Studio Tort/Szymon Orfin - fachowcy, którzy znają się na swojej robocie. Efekt jest wyśmienity!

Jesteś tu sam. Zawsze byłeś i będziesz. Nieskończenie wiele razy jesteś sam i nie ma żadnej wersji rzeczywistości, w której ktoś ci wyjaśni, dlaczego. (...) Nie potrafię czuć, nie umiem zabiegać o sprawy, ulegać potrzebom, oddawać się słabościom... tylko widzę, słyszę i mówię. I boję się.

Autor najwyraźniej próbował napisać coś, co miało kojarzyć się z „Jądrem Ciemności” Josepha Conrada, „Odyseją Kosmiczną” Clarka/Kubricka, „Solaris” Lema, pożenić to ze złymi korporacjami, władzą, która karmi ludzi kłamstwami, dążeniem człowieka do samozagłady i podróżą w głąb siebie. Przykro mi, nie potrafię doszukać się w tym żadnej fascynującej głębi - zamiast tego wyszło nużąco i miejscami pretensjonalnie.

Kocham tych, którzy nie szukają aż poza gwiazdami powodów, aby zaniknąć...

Podsumowując: usypiająca historia w fascynującej oprawie muzyczno-dźwiękowej. Mimo wszystko zmarnowane cztery godziny życia. ■

0 komentarzy
Dodaj komentarz

Twój email nie zostanie opublikowany. Pola wymagane zaznaczyłem gwiazdką (*).

Klikając [WYŚLIJ] zgadzasz się na opublikowanie wysłanego komentarza. Komentarze są moderowane. Nie zgadzasz się z tym, co czytasz - ok, ale nie bądź niegrzeczny i nikogo nie obrażaj. Jak to mówił klasyk: chamstwa nie zniese.

POPRZEDNIA/NASTĘPNA