Bestia

Bestia zaatakowała. Wpierw mogło się zdawać, że był to zwykły wypadek. Ot, spalił się warsztat konwisarza. Zginęło wielu ludzi. Ale... mieszkańcy miasta gadali, że po ulicach kręciły się okaleczone dzieci, które jakoby przepowiedziały nieszczęście. Gadali, że na murach spalonego warsztatu pojawiły się tajemnicze znaki... Kiedy na głowy modlących się w katedrze ludzi spadł Rex Regis, nikt nie miał już żadnych wątpliwości. Było źle. A miało być jeszcze gorzej.

Recenzja: Imię Bestii, Jacek Komuda

Wyobraź sobie, czytelniku, że pod choinką znalazłeś kieszonkową maszynę czasu. Załóżmy, że mozolnie wklepałeś w cyfrowy gadżet: Paryż, rok 1450. Załóżmy, że wcisnąłeś Enter na niewielkiej klawiaturze. Załóżmy wreszcie, że na wyświetlaczu ujrzałeś „Accepted” (maszyna jest chińska, więc gada we wspólnym, czyli po angielsku) i pięć sekund później wylądowałeś w średniowiecznej Francji. Co widzisz?

Jeśli nie zawisłeś na jakimś drzewie, jeśli nie wkomponowało Cię w mur, który akurat stał sobie w miejscu Twojego przybycia - widzisz ulicę. Na niej tłum obdartych ludzi, żebraków, pachołków, nierządnic, przekupek, wrzaskliwe, umorusane dzieci. Twoje nogi grzęzną w błocie rynsztoka, w nozdrza uderza Cię wszechobecny smród odchodów, potu, zepsutego jedzenia, końskiego łajna. Miasto jest brudne i cuchnie. W dwie sekundy zostajesz obrabowany ze wszystkiego, co było cenne. Kilka sekund później jakiś jednooki łachmyta, zaślepiony wielkością twojej sakiewki, jakimś cudem zachowanej, pakuje ci nóż pod żebra. Spodziewałeś się czegoś innego?

Jacek Komuda to historyk, zafascynowany czasami Rzeczpospolitej szlacheckiej. Czytelnicy szeroko rozumianej fantastyki znają go jednak bardziej od innej strony: jest pisarzem, umiejętnie łączącym swoje zamiłowanie do historii z mrocznymi opowieściami grozy. Komuda jest też współautorem gry fabularnej Dzikie Pola oraz scenariusza gry komputerowej Wiedźmin. Do tej pory nakładem wydawnictwa Fabryka Słów ukazały się trzy książki sygnowane jego nazwiskiem. Wszystkie trzy osadzone w realiach XVII wieku, z akcją rozgrywającą się na Kresach Wschodnich ówczesnej Polski. Mało tu fantastyki - w zamian realnie istniejące postacie i faktyczne lokacje. Prawdziwa gratka dla miłośników brzęku szabel, pojedynków, kurhanów, szubienic.

Nie inaczej jest w przypadku Imienia Bestii. Znaczy się, jest inaczej, ale bardzo podobnie. To znaczy… ech, zaraz wszystko stanie się jasne. Zmieniły się realia historycznie, ale ciągle są to realia, o czym niezbicie przekonacie się po doczytaniu książki do końca. Komuda umieścił w niej bowiem część zatytułowaną Od Autora, w której to wyjaśnia i tłumaczy wszystko, co mogłoby być niejasne, przyznając się jednocześnie do fantazjowania tu i tam, przede wszystkim zaś pokazując, ile w jego opowiadaniach jest prawdy.

Właśnie. Imię bestii to trzy opowiadania: Diabeł w Kamieniu, Imię Bestii i Tak daleko do nieba. Hmmm… może właściwsze byłoby sklasyfikowanie tytułowego tekstu jako mini-powieści – objętościowo zajmuje tyle stron, ile dwa pozostałe (i Od Autora) razem wzięte. A więc tak: dwa opowiadania, mini-powieść i słowniczek autora na koniec. Wszystkie trzy teksty, prócz scenografii i czasu akcji, łączy osoba głównego bohatera.

Imię Bestii - ilustracja (c) Hubert Czajkowski

rys. © Hubert Czajkowski, Fabryka Słów

François Villon to, cytując mistrza drukarskiego Wawrzyńca Lafeta, bezbożny łotr, złodziej i poeta. Postać niezwykle plugawa, zepsuta i ohydna, jednocześnie jakimś cudem wzbudzająca sympatię czytelnika. Wysoki, szczupły, jeszcze młody mężczyzna, świetnie wykształcony, wielbiciel zamtuzów i pijackich wyszynków, syn miasta, łotr spod ciemnej gwiazdy, morderca i oszust. Mistrz we władaniu sztyletem, oszpecony wieloma bliznami. Jednocześnie - poeta. Oto człowiek, który idealnie wpisuje się w obraz zepsutego, zamglonego, niebezpiecznego miasta, jakim jest ówczesny Paryż i Carcassonne – po prostu François sam jest do głębi duszy zepsuty i zły. Co ważne, to jednocześnie postać historyczna, chociaż – jak pisze Komuda – nie do końca wiadomo, czy Villon rzeczywiście istniał. Autor w każdym z trzech tekstów dodatkowo obsadza poetę w roli średniowiecznego detektywa, którego zadaniem za każdym razem – zwykle wbrew jego woli lub z egoistycznych pobudek – staje się rozwiązanie wyjątkowo mrocznej zagadki. Możecie być pewni, że trupów, rzezi, krwii i bestii z piekła rodem nie zabraknie.

Z trzech zamieszczonych w zbiorku tekstów na szczególną uwagę zasługuje tytułowy. Powiem szczerze: to dla niego warto kupić książkę Komudy. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to nietypowa numeracja rozdziałów. Zaczyna się od rzymskiej cyfry siedem i maleje – ostatni rozdział ma numer jeden. Nie bez powodu – numeracja jest ściśle powiązana z wydarzeniami, które przyjdzie wam śledzić. Mroczna, brutalna opowieść mocno wciąga. Autowi udała się trudna sztuka – nie dość, że cofnął nas w czasie, zadbał o realia historyczne, to jeszcze zapewnił ciekawą fabułę, nietuzinkowych bohaterów i wyjątkowy klimat grozy. Możecie być pewni, że Villon stanie twarzą w twarz z Bestią i spróbuje uratować ludzi przed zagładą. Paradoksalnie, w jego zepsutej duszy drzemie więcej człowieczeństwa, niż u niejednego mnicha.

Dwa pozostałe opowiadania są słabsze (wyraźnie to widać na tle Imienia Bestii) – ostatniego mogłoby w ogóle nie być. Otwierający zbiorek Diabeł w Kamieniu to historia okrutnych zabójstw, kończących się wyjątkowo tajemniczym okaleczeniem ofiar. Villon stanie do walki z seryjnym mordercą i… o tym przekonacie się sami. Tak daleko do nieba to krótka opowieść o tęsknocie za wolnością… rozumianą w specyficzny sposób.

Imię Bestii - ilustracja (c) Hubert Czajkowski

rys. © Hubert Czajkowski, Fabryka Słów

Oprócz realiów historycznych, w powieści mamy do czynienia z ciekawą stylizacją i archaizacją językową – począwszy od nazw własnych, przez nazwy przedmiotów codziennego użytku, na dialogach skończywszy. Bohaterowie posługują się mieszanką historycznej polszczyzny (jak wyjaśnia autor na końcu książki – oryginalnej, aczkolwiek pochodzącej niekoniecznie z opisywanych czasów). Na szczególną uwagę zasługują szczególnie te fragmenty, w których bohaterowie obrzucają się wysmakowanymi wyzwiskami (vide: Villon w dybach). Dużo tutaj także, co zrozumiałe, łaciny.

Kilka słów należy się także zakończeniu, czyli odautorskim notatkom, ujętym w ramach "rozdziału" Od Autora. Co do tego, że to niezwykle istotna część książki, nie mam wątpliwości, ale… no, właśnie. Od Autora pełni rolę rozbudowanych przypisów. Wydaje mi się, że ciekawszym – z punktu widzenia czytelnika – zabiegiem byłoby umieszczenie tych wszystkich wyjaśnień już w opowiadaniach, właśnie w funkcji przypisu. Już podczas czytania właściwego tekstu moglibyśmy się dowiedzieć, że opisywane miejsce istniało naprawdę, że mamy do czynienia z postaciami historycznymi... Jest to o tyle istotne, że w tekście często występują łacińskie modlitwy (całkiem spore fragmenty), które Komuda tłumaczy właśnie na końcu.

Nie sposób nie wspomnieć o klimatycznych ilustracjach Huberta Czajkowskiego i tradycyjnie już pięknej okładce. Tę książkę aż się chce trzymać w rękach! Podoba mi się nowe rozwiązanie techniczne, które Fabryka wprowadziła całkiem niedawno – książka ma skrzydełka, dzięki czemu możliwe staje się wygodne zaznaczanie miejsca, w którym skończyło się czytać. Redakcja tekstu stoi na wysokim poziomie, brakuje błędów. Jednym słowem: brawa!

Pora na podsumowanie. Imię Bestii to książka zdecydowanie zasługująca na uwagę. Idealna dla miłośników średniowiecznych klimatów i opowieści grozy. U Komudy fikcja łaczy się z prawdą w sposób niedostrzegalny, a klimat średniowiecznych lokacji ujmuje i niemiłosiernie wciąga. Zabobony mieszają się z religią, dobro walczy ze złem, niegodziwością i siłami nieczystymi. Interesująca stylizacja językowa, ciekawi i „żywi” bohaterowie (kapitalny Villon). Uwaga! Ta książka jest miejscami bardzo krwista i dosłowna.

Warto. Ze szczególnym naciskiem na: „ze względu na tytułową mini-powieść”. ■

Poprzednia recenzja„Mamuta Tym Ma”
Następna recenzja„Aniołom dziękujemy”
1 komentarz
Stary_Zgred
Wysłano 28 lutego 2011 o 11:34

Oho, nie byłam świadoma, że Komuda napisał jeszcze jedną książkę o przygodach Villona! Miałam przyjemność przeczytać "Herezjarchę", którym Pan Jacek na pewien czas mnie uwiódł i brakowało mi kolejnej pozycji w tym klimacie. Chyba jeszcze dziś wyruszę do biblioteki bądź księgarni, by zdobyć "Imię bestii" i je zaczytać. Jestem przekonana, że warto tej książce poświęcić jeden czy dwa wieczory.

Dodaj komentarz

Twój email nie zostanie opublikowany. Pola wymagane zaznaczyłem gwiazdką (*).

Klikając [WYŚLIJ] zgadzasz się na opublikowanie wysłanego komentarza. Komentarze są moderowane. Nie zgadzasz się z tym, co czytasz - ok, ale nie bądź niegrzeczny i nikogo nie obrażaj. Jak to mówił klasyk: chamstwa nie zniese.

Poprzednia recenzja„Mamuta Tym Ma”
Następna recenzja„Aniołom dziękujemy”